Stomil wygrywając w pięknym stylu z Legią udowodnił, że absolutnie nie zasługuje na spadek do drugiej ligi. Goście stracili już chyba szanse na zdobycie mistrzowskiego tytułu.
Bogata Legia przyjechała do biednego Stomilu jak po swoje. Warszawianie odbyli podróż do Olsztyna już w piątek po południu. Potem w olsztyńskim hotelu Novotel spokojnie przygotowywali się do meczu.
Po przyjeździe na stadion ani przez momemnt nie zdradzali cienia niepokoju o wynik, co ostatecznie potwierdziła decyzja trenera Dragomira Okuki, który w środku drugiej linii wystawił aż trzech ofensywynie usposobionych piłkarzy: Adama Majewskiego, Marka Citkę i Mariusza Piekarskiego.
- Myśleli chyba, że nam nastrzelają tyle bramek, co ostatnio w Wodzisławiu. Pomylili się – mówił po meczu uśmiechnięty stoper Stomilu Tomasz Lenart, który wzorowo kierował olsztyńską obroną.
Mecz zaczął się od groźnej sytuacji pod bramką Legii – w 8 min Rafał Szwed dośrodkował z rzutu rożnego na długi słupek, a tam do piłki minimalnie spóźnili się Marek Kwiatkowski i Edward Cecot. Kilka minut później znakomitą okazję do strzelenia gola mieli legioniści, a konkretnie Marcin Mięciel, który na linii pola karnego otrzymał piłkę od Wojciecha Kowalczyka i potężnie strzelił.
Wydawało się, że piłka musi trafić do siatki, ale w odpowiednim miejscu znalazł się Andrzej Krzyształowicz, który jeszcze długo po interwencji tulił piłkę do siebie, jakby chciał jej podziękować, że nie przeleciała mu za plecy. W 14 min Stomil wprawił w euforię ponad ośmiotysięczną publiczność, efektownie prezentującej się w niebieskich czapeczkach biskupieckiego Styropolu.
Całą akcję rozpoczął z prawej strony Paweł Holc, który przy bocznej linii ograł Pawła Wojtalę i dokładnie zacentrował w pole karne. Tam Tomasz Jarzębowski nie sięgnął piłki, opanował ją Piotr Matys, ale widząc nadbiegającego Krzysztofa Kowalczyka przytomnie zostawił mu piłkę. Pomocnik Stomilu potężnie uderzył, piłka przeleciała między nogami Zbigniewa Robakiewicza i na tablicy pojawił się wynik 1: 0 dla Stomilu.
Do końca pierwszej połowy legioniści nie mogli się otrząsnąć z szoku. Jedynym, który zagrażał bramce Stomilu był w tym czasie Citko, który dwa razy łatwo ograł obronę Stomilu; za pierwszym razem trafił w boczną siatkę, przy kolejnej akcji legionisty znakomicie spisał się Krzyształowicz broniąc uderzenie z ostrego kąta.
Stomil grał w tym czasie niezwykle zdyscyplinowanie – Holc absorbował obrońców Legii, którzy nie mogąc sobie z nim poradzić często go faulowali, Łukasz Kościuczuk dosłownie nie pozwalał kopnąć piłki Mariuszowi Piekarskiemu, a obaj kryjący obrońcy Stomilu: Andrzej Biedrzycki i Artur Januszewski skutecznie obrzydzali życie Wojciechowi Kowalczykowi i Marcinowi Mięcielowi.
Olsztynianie nie zadowalali się tylko przeszkadzaniem Legii, dwa razy byli blisko zdobycia kolejnych bramek. Przy pierwszej akcji (w 32 min) Kowalczyk obsłużył doskonałym podaniem Matysa, ale ten wpadając w pole karne niezbyt dokładnie przyjął piłkę i obrońcy Legii zażegnali niebezpieczeństwo. Z kolei w 45 min gości od utraty gola uratowała poprzeczka – dośrodkowywał Kowalczyk, a głową strzelał Cecot.
W przerwie pomieszczenie dla VIP-ów pod krytą trybuną Stomilu było zatłoczone bardziej niż zwykle. Rzecznik prasowy Styropolu Aneta Szpaderska przekonywała reportera gazety, że nie ma powodów do obaw. – Jestem na meczu pierwszy raz i wiem, że nasze czapeczki przyniosą Stomilowi szczęście – stwierdziła stanowczo.
Kiedy po kwadransie drugiej części meczu Cezary Kucharski po dośrodkowaniu Citki z rzutu wolnego pokonał głową Krzyształowicza, to wielu kibiców na stadionie zwątpiło chyba w pomyśne zakończenie spotkania. Tymczasem po raz kolejny znakomitymi decyzjami personalnymi błysnął trener Stomilu Zbigniew Kieżun.
Do pilnowania Kucharskiego delegował w zastępstwie zmęczonego Andrzeja Biedrzyckiego (wcześniej ogromnie się napracował przy Mięcielu i Kucharskim) Sławomira Święckiego, a za Piotra Matysa wprowadził nigeryjskiego napastnika Abela Salamiego. Ta druga zmiana okazała się być przysłowiowym strzałem w dziesiątkę – Salami minutę po wejściu na boisko odebrał piłkę Citce, potem ograł Jarzębowskiego i zagrał do Cecota.
Pomocnik Stomilu popędził w pole karne Legii, tam został powalony na murawę przez Jacka Magierę, ale jako że piłka trafiła pod nogi Holca, sędzia nie przerwał gry. Kapitan Stomilu popchnął sobie piłkę lekko na prawo i pięknym strzałem w okienko pokonał Robakiewicza. Końcówkę spotkania większość kibiców obejrzała już na stojąco.
W 85 min widzowie mogli zobaczyć kolejną świetną akcję Stomilu, przy której szybkością sprintera błysnął Cecot, który w końcowej fazie akcji odegrał piłkę do Salamiego. Ten miał idealną okazję do pokonania Robakiewicza, ale bardzo dobry bramkarz Legii wyczuł intencje strzelca i zdołał odbić nogą jego strzał.
Autor artykułu: Zbigniew Szymula